Jak się to wszystko zaczęło
Dziś będzie taki trochę inny post.
Po pierwsze informuje, że nie ma już u mnie w komentarzach weryfikacji obrazkowej :) Nigdy bym nie wpadła na to, że ona tam jest, gdyby nie Ewa z e-wkowa - wielkie dzięki :)
Po drugie Aniu z Barw tęczy-Mojej tęczy zgodnie z życzeniem 40 kilo miłości i psiej wierności czyli jedyny w swoim rodzaju Pluto, Pluciek :)


Po trzecie to jeszcze nie pisałam jak to się zaczęło z tym moim szyciem. A może warto napisać, że pasje mogą pojawić się w naszym życiu całkiem z znienacka i że warto próbować, aby robić w życiu to co sprawia nam największą radość. A u mnie zaczęło się wszystko nie całe 3 miesiące temu. Kupiliśmy z mężem mieszkanie, fundusze nikłe na urządzanie, mąż robił wszystko co z drewnem związane, a ja mu nad głowa marudziłam o firaneczkach :) To mi powiedział, żebym je sobie sama uszyła. Uśmiałam się do łez, bo niby jak i z czego. W moim szumnie nazwanym przyborniku znajdowały się bez przesady 3 nitki, parę szpilek, parę igieł, odprute wstążeczki. Przemyślawszy jednak całą sprawę doszłam do wniosku, że co mi szkodzi spróbować. Próby rozpoczęły się na maszynie teściowej - starym łuczniku.Pierwszy raz siedziałam przy maszynie, bałam się jej i o nią :) Obie wyszłyśmy z tego bez szwanku, a ja wpadłam po uszy w szmatkowe szaleństwo. Oczywiście z łucznikiem musiałam się pożegnać, ale cudem przypomniałam sobie o dawno zapomnianej maszynie babci, która w domu rodzinnym leżała odłogiem, głęboko schowana. I tak w domu u nas zamieszkał Tristan, który jeszcze czeka na własny kącik:), a na razie rezyduje na kuchennym blacie .
Oto on:
A na koniec jeszcze zdięcie poduchy, która zamieszkała u mnie w sypialni, a szyta była drugiego dnia nauki szycia, jeszcze na łuczniku
ps. firanek dalej nie uszyłam, szukam dobrego materiału, bo w planach mam rolety :)